Jedna chwila potrafi Cię skłonić do zmiany zdania, do odnalezienia w sobie odwagi. Nie rozumiem dlaczego i jak się to stało. Dni goniły jak szalone. Przyjeżdżając do Gdańska miałam w głowie setki inspiracji na kadry. Beng, studia, praca, zakupy, odpoczynek, znajomi - no zawsze znalazło się jakieś wytłumaczenie, usprawiedliwienie i wymówka. Aparat trafił do szuflady i nieźle się tam zadomowił.
Przez pewien czas myślałam, że to źle. Druga część mnie mówiła, że tak być musi, że należy odpocząć, odetchnąć, znaleźć w sobie coś, co naprawdę w zdjęciach kręci i czy same w sobie kręcą mnie nadal na tyle, że etykietka ta nigdy się ode mnie nie oderwie.
Z perspektywy roku - podczas którego aparat wpadał w ręce sporadycznie, a kiedy zdarzało mi się o nim totalnie zapomnieć - wiem, że przerwa okazała się być całkiem dobra. Nabiłam kolejny etap, wiem w czym czuję się dobrze i wiem kiedy wychodzę ze strefy komfortu. Chcę stąpać po omacku próbując nowego, eksperymentować i uczyć się.
Na długi czas rozstałam się z aparatem. Nie było nam po drodze, masa innych spraw była do zrobienia, a płyty chodnikowe pozwoliły zapomnieć o ukochanym makroprzerywniku. Dopiero @rudafotografuje przypomniała mi jaką frajdą jest fotospacer. Dwa różne spojrzenia, kilkadziesiąt innych kadrów z tej samej trasy. Zaglądanie w ekran, wymiana zdań, porady i plotki ploteczki to jest coś czego zdecydowanie mi brakowało.
Ja zbliżenia, ona proste architektoniczne kadry. W końcu ruda ogarnia street photography. Nie byłabym sobą, gdybym z aparatem nie ganiała za szczegółami, kwiatkami, krzaczkami, czy idąc tropem k - za kotem. Lubię to i czuję się w tym dobrze. Wbrew moim zamysłom nie potrzeba nam było dwóch godzin - pół godziny z depczącym po piętach deszczem wystarczyło w zupełności. Po kawie i ogrzaniu się napad na ogródek i złapanie kilku kolejnych klatek. Nie spodziewałam się, że da mi to taką frajdę, przerwie ciszę na blogu i zainspiruje do kolejnego działu. Jednak to racja - najlepsze spotyka niespodziewanie :)
Nie nałożyłam czapki, między splotem ciepłego szalika przewiało... I gotowe – choroba się do mnie przytuliła. Trzy cytryny postawiły mnie na nogi. Cytryna, imbir i miód, to dalej trzy, ale nie trzy cytryny, a trzy składniki, które na kilka dni stały się moimi bohaterami.
Pokrzyżowały się plany, upadłam, podnoszę się. Co dalej? Trzy cytryny – trzy rzeczy czy miejsca, których muszę się złapać, żeby się nie pogrążyć. Nie ma sensu więcej. Większej ilości nie ogarnę w pełni. Mniej więcej się kręci przypominało, że nie jesteśmy w stanie rozerwać swojej setki. Trzy to liczba optymalna. (Twoja setka jest elastyczna – udaje ci się ją rozrywać i nadal żyjesz? Rozumiem, cytryna w środku ma cząstki, od Ciebie zależy, czy je rozbijesz.) Zaczynasz, bo jesteś na początku drogi, zaczynasz na nowo, bo w drodze była dziura i upadłeś – skup się na trzech cytrynach – trzech najbardziej realnych rzeczach, które cię uratują tu i teraz.
Trzy słowa, które idealnie cię określą – z tym możesz się spotkać na rozmowie rekrutacyjnej. Ja jednak większą wagę przykułabym do wartości, które w sobie masz. Skup się na trzech. Rozwijaj je i pielęgnuj. Poskromiłeś? Dodaj kolejne trzy. Jakie? Wszystko zależy od Ciebie.
Trzy cytryny to trzy spojrzenia głęboko w oczy, które uświadomią Ci co czujesz. Kombinacja słów powtórzona trzy razy – po tylu jesteś w stanie uświadomić sobie, że to czego dotknąłeś jednak dzieje się naprawdę.
Do trzech razy sztuka. Ile razy dawało się dzięki temu trzy cytryny – trzy szanse komuś i sobie. Trzy możliwości podjęcia nowego działania. Naginałeś po trzykroć jej i swoje zaufanie, aby móc w końcu za trzecią kwaśną cytryną uświadomić sobie, że kolejnych nie dostaniesz. Delektujesz się ostatnią i również to zależy od Ciebie jak wykorzystasz trzecią cytrynę.
Znalazłam w sieci fragment i przepadłam... Zaczęłam czytać wszędzie. Autobus, chwila przed zajęciami, w towarzystwie kawy. Regina Brett i jej felietony, jej trzy książki, porwały mnie, przeniosły w inny świat. Urzekła mnie tematyka, prostota i ilość kwestii, które porusza. Opisuje sprawy ważne i ważniejsze na podstawie swoich przeżyć. Autentyczna, prawdziwa i szczera. "Bóg nigdy nie mruga", "Jesteś cudem" i "Bóg zawsze znajdzie Ci pracę" - moje trzy cytryny, które otwierają oczy.
Trzy cytryny to kombinacja, która nie zawsze skutkuje. Przypomina ile masz żyć w Mario i to, że jeżeli przeskoczysz trójkę będziesz miał więcej kwaśnych cytryn do zjedzenia.
Leciałam
* jak burza: wystawy, konkursy, sesje zdjęciowe, różnego rodzaju projekty. Ja leciałam, a blog stał w miejscu. Kurzył się i to mocno. Wiedziałam o tym i nic z tym nie robiłam. Wiedziałam co tracę, wiedziałam, że muszę to naprawić!
Sięgnęłam po pomoc
! bo kto pyta nie błądzi. Wyciągnęłam rękę po pomoc. Ona ją złapała. Pomogła mi. Wyprowadziła z czarnej dziury, w której się znajdowałam. Jak się okazuje czarna dziura to nie tylko czas, który tracimy m.in. w komunikacji miejskiej. Może ona okazać się czymś głębszym, czymś co paraliżuje i nie pozwala ruszyć z miejsca, potęguje zapuszczanie korzeni. Kto mi pomógł? Pomogła mi Kamila (podlinkowuję, żebyś mógł, drogi czytelniku, zaspokoić swoją ciekawość). Kamilę poznałam przy okazji warsztatów. Kamila zajmuje się treningiem kariery, lubi powtarzać, że w trakcie drogi na szczyt nie powinniśmy dziwić się, że mamy pod górkę...
Usiadłyśmy,
spojrzałam na wszystkie twory i osiągnięcia. Na nie zawsze zadowalające efekty pracy. Na bardzo niezgrabnego, kulejącego bloga. Kamila odkryła dodatkowe atuty, które wykorzystać mogę, pokazała minusy, przez które stoję w miejscu i stać mogę jeszcze dłużej jeżeli niczego z nimi nie zrobię.
Przemyślałam:
jak mogę wykorzystać to co mam? Jak posklejać kilka lat działań? Jak zbudować coś nowego? Co to ma być? Znowu po pomoc sięgnęłam...
W otoczeniu miłej knajpki puściłyśmy wodze fantazji. Ja mówiłam, ona słuchała. Na tą chwilę była jak przyjaciółka, która przytuli i wysłucha. Stała się bliska, radziła, nie bała się mówić o błędach, które wkradały się w mój tok działań i rozumowania. Miałam wsparcie, które pozwoliło mi ruszyć z miejsca. Wiedziałam już co chcę zrobić. Bałam się, chociaż jeszcze wtedy nie wiedziałam do końca czego...
Zaplanowałam...
siadając spokojnie, zapisując każdy pomysł, sklejając je później ze sobą.
IMPULS, kilka nocy przesiedziałam edytując szablony na blogspocie, tworząc zakładki, poprawiając każdy szczegół.
#przestałam_się_bać
z pierwszymi postami strach uciekł i zaczął przeradzać się w radość. W satysfakcję. #głęboki_wdech i do przodu! Nabrałam dystansu. Intuicyjnie wrzucam kolejne posty, sprawdzając czy się w tym czuję, podglądając czy lubicie łapać ten klimat. Nawet nam się ta relacja udaje.
Dlaczego 2w1?
Zobaczysz i widzisz tu moje dwie odsłony: pismak i fotomaniak, nad którymi z różnym skutkiem pracuję. Tworzę jak czuję, z każdym krokiem ku lepszemu.
Wyjście ze strefy komfortu (och jaka to ostatnio modna fraza!) pozwoliło mi stoczyć walkę ze sobą, dzięki której mam demkovith.blogspot.com i inny stosunek do wszystkiego wokół. Cieszę się z tego bardzo.






























































